Pytanie do ogółu

Najszanowniejsi Czytelnicy, reklamę u góry znoszę, bo mam zablokowaną, ale ta ramka po prawej mnie irytuje niepomniernie. Z drugiej strony Scarbossa twierdzi, że żadnej ramki nie widzi. To Wy tu czytacie, ja tylko piszę, więc Was proszę o decyzję: przenieść czy zostać. Bardzo proszę o jasne wypowiedzi w komentarzach. Prawdopodobnie przeniosę na ownlog, bo blogspota nie lubię. Archiwum zostanie tutaj, więc powstanie całkiem nowy blog z nowym adresem, i postaram się o stary wygląd. A zatem: tak, nie, wszystko jedno?

Rurą

- Dziękuję ci, marelku – oznajmił syn przy śniadaniu.
- Kto to jest marelek? – spytałam podejrzliwie.
- Ty, mamusiu – oświadczyło dziecię radośnie.
- Aha – rzekłam, i drążyłam dalej. – Ale co to jest marelek?
- Taki duży odkurzacz – wyjaśnił potomek precyzyjnie.
No. To jakby Państwo nie wiedzieli, kto pisze ten blog, to już wszystko jasne. Duży odkurzacz. Rurą.

Śniło ci się

Kierując się własną dsową logiką, której patronuje Hamlet i jego szaleństwo, zabrałam się w takim razie za… drugi tom tegoż Holta, „Śniło ci się”. Otóż nie mogłam uwierzyć, że ktoś w ogóle chciał mu ten drugi tom wydać, i że coś może być jeszcze gorsze od pierwszego. I słusznie nie mogłam. Ten drugi jest co najmniej o dwie klasy lepszy, poza okropnym pierwszym rozdziałem, ale ten streszcza pierwszy tom, więc właściwie lekturę tegoż można sobie szczęśliwie odpuścić. Autor wpadł na to, że przenośne drzwi są gadżetem, który może absolutnie rozwalić akcję, i chytrze się ich pozbył, wprowadził natomiast logikę „ratujcie se świat, ale poza godzinami pracy, w nich bowiem macie przynosić firmie zyski”, i to działa. Bank Umarłych jest rozwinięty w naprawdę fajny sposób i nawet zakończenie dało radę. Zupełnie przyjemne czytadło.

Szewc z Lichtenrade; Przenośne drzwi

Zbiorem opowiadań Pilipiuka „Szewc z Lichtenrade” zostałam obdarowana, a jak wiadomo darowanemu Pilipiukowi zagląda się w literki. Pilipiuk jaki jest, każdy widzi: bardzo płodny, pomysłów trochę ma, czyta się go równie szybko jak on pisze, i generalnie byłoby nieźle, gdyby nie bardzo mocne odchylenie pisowsko-oszołomowe, które tutaj niestety w lekturze przeszkadza bardzo, bo żadnego uzasadnienia w tekście nie ma. Niektóre fragmenty wyglądają jak pisane przez zapalczywego licealistę, który coś usłyszał od politycznie zaangażowanych rodziców, a coś sobie sam wykombinował, i daje się ponieść młodocianej energii. Szkoda, bo Pilipiuk ma sporą wiedzę na różne dziwne tematy i potrafi ją wykorzystać, mogłoby to się czytać znacznie lepiej, a tak jednak niesmak.

Wyjdzie zaraz, że wpadłam w jakiś ciąg narzekania, ale Holta „Przenośne drzwi” nie podobały mi się również, i tu pretensję mogę mieć tylko do siebie, bo czytałam przestrogi przed tym utworem. Uznałam jednak beztrosko, że przecież de gustibus, i a nuż nie będzie wcale takie złe. Zaczyna się nawet nieźle: dwoje nieudaczników dostaje pracę w dziwnej firmie, i między innymi mają skatalogować magazyn, gdzie są na przykład mapy kopalni króla Salomona. Okazuje się, że firma zajmuje się świadczeniem usług magicznych, a w ogóle opanowana jest przez gobliny. Dobry pomysł, ale zupełnie źle wykorzystany. Zaczęłam głośno jęczeć, kiedy Paul znalazł tytułowe przenośne drzwi, którymi można przejść w dowolne miejsce i czas, i wykorzystał je do… picia kawy w Turcji albo Wenecji. Dalej niestety nie jest lepiej, a raczej wprost przeciwnie. Intryga na siłę zmierza do wymęczonego końca, a bohaterowie są coraz bardziej irytujący. Nie popełniajcie mojego błędu i trzymajcie się od tego dzieła z dala, to już lepiej przeczytać dowolnego Gaimana po raz setny.

Trzynasta opowieść

Będę jeszcze grzebać w tym szablonie, oraz nie wykluczam przenosin gdzie indziej, jeśli się nie dogadam z wordpressem, ale już tu wygląda nieco bardziej swojsko, prawda? To teraz będzie o książkach, bo dawno nie było i zaległości mi się porobiły.

Na wakacjach przeczytałam lekturę wakacyjną, „Trzynastą opowieść” Diane Setterfield (bo mi Zuzanka kazała… znaczy, zachęciła). Początek kojarzył mi się nieco z Amélie Nothomb, którą bardzo lubię, czytuję namiętnie, i o której książkach nigdy nie piszę, bo to się nie da. Nothomb jest jednak znacznie bardziej zwięzła i odrealniona. Ujęło mnie też oczywiście od razu, że narratorka jest córką antykwariusza i kocha książki. Pewnego dnia otrzymuje propozycję spisania biografii umierającej niezwykle sławnej pisarki, Vidy Winter, która nigdy nikomu nie powiedziała prawdy o swoim pochodzeniu. Teraz powie. Dostajemy opowieść szkatułkową, bo narratorka też ma parę rzeczy o sobie do odkrycia, a dodatkowo włączają się wątki poboczne. Wciąga do ostatniej strony. Akcja umieszczona jest wyraźnie przed erą komórek i Internetu, informacji należy poszukiwać w archiwach i almanachach, a żeby z kimś pogadać, trzeba do niego pojechać. Zastanawiałam się, co mi tak w tym nie pasuje, mówiąc sobie, że może to jest po prostu powieść z lat 80 albo i wcześniejszych; ale nie, podskórne przeczucie, że to tylko stylizacja, się sprawdziło. Jest z 2006.

Trochę mnie drażniło to amerykańskie przekonanie, że każda rodzina ma swoją tajemnicę i nieznanych krewnych, dobre w serialu, w życiu chyba nieco mniej. Po czym sobie przypomniałam, że nie tak dawno gadałam ze szwagrem o własnej rodzinie: oprócz siostry rodzonej mam czworo rodzeństwa przyrodniego z trzech matek innych niż moja, a jedna z tych matek zadzwoniła kiedyś do mojej wyznając jej podziw, po czym popełniła samobójstwo. Szwagier za to rzekł, że on wie o trzech braciach przyrodnich, z których żaden nie pochodzi z Polski, tymczasem jego ojciec całe życie jest żonaty z jedną kobietą. Kiedy o swojej rodzinie zagadałam do koleżanki, ta najpierw się zdumiała, po czym rzekła, że ona wprawdzie brata przyrodniego ma tylko jednego, ale za to ojciec aktualnie żonaty jest po raz czwarty, z kobietą młodszą od niej. Wygląda na to, że to jednak życie, a nie seriale i powieści.

Hm

A Państwo to mnie przestali czytać i komentować ze względu na zmianę wyglądu, czy jest jakaś inna przyczyna?

Zakochana bez pamięci

 

W sobotę wybrałam się na La Défense na pokaz Apparences, bo miały być fajerwerki, a ja jestem ich absolutną fanką. Uważam, że to fantastyczny i nader spektakularny sposób puszczania pieniędzy z dymem. Fajerwerki były, bardzo efektowne, a oprócz tego muzyka i obrazki wyświetlane http://www.youtube.com/watch?v=jeW6CPIH988 na La Grande Arche. Podobało mi się szczególnie, kiedy na łuku był obraz ognia, tak jakby płonął, i w to weszły ognie sztuczne. Przez chwilę złudzenie było idealne. A potem resztki fajerwerków zaczęły spadać mi prawie pod nogami i wokół mnie zrobiła się chwilowa panika. Na szczęście tłum nie był w tym miejscu gęsty, mieliśmy się gdzie wycofać, a za chwilę pilnujący interesu żandarmi poprzesuwali barierki. Niepotrzebne, bo kolejna fala fajerwerków zachowywała się już normalnie.
Potem wróciłam do domu i obejrzałam tę samą Défense w filmie, którego polski tytuł to „Zakochana bez pamięci”. Czterdziestoletnia szefowa wielkiego koncernu, matka dziecka i żona swego męża budzi się z amnezją, przekonana, że ma 26 lat i dopiero co poznała swego przyszłego męża. 15 ostatnich lat wymazało jej z pamięci, jakby się przeniosła w czasie. Fantastyczna rola Juliette Binoche – scena, kiedy widzi się w lustrze jako czterdziestolatka, jest naprawdę niezła. Kilka zabawnych scen. Reszta straszliwie naiwna, bo niby jakim cudem po 15 latach kobieta potrafi się sprawnie i odruchowo posługiwać smartfonem? Jakim cudem osoba, która skończyła studia w pierwszej połowie lat 90-tych, i która nie ma pojęcia, co wydarzyło się na świecie przez następną dekadę, może nadal pracować na wysokim stanowisku i podejmować ważne decyzje? Film jednak się skupia na relacji małżeńskiej, chyba trochę szkoda, bo można było ciekawiej potraktować temat. W każdym razie uświadomiłam sobie, że gdyby tak mnie wycięło ostatnie 10 lat z życia, to w żaden sposób bym się nie odnalazła w obecnej rzeczywistości. Ale mam wątpliwości, czy wynika z tego coś poza konstatacją, że człowiek się jednak zmienia z czasem.

W sobotę wybrałam się na La Défense na pokaz Apparences, bo miały być fajerwerki, a ja jestem ich absolutną fanką. Uważam, że to fantastyczny i nader spektakularny sposób puszczania pieniędzy z dymem. Fajerwerki były, bardzo efektowne, a oprócz tego muzyka i obrazki wyświetlane na La Grande Arche. Podobało mi się szczególnie, kiedy na łuku był obraz ognia, tak jakby płonął, i w to weszły ognie sztuczne. Przez chwilę złudzenie było idealne. A potem resztki fajerwerków zaczęły spadać mi prawie pod nogami i wokół mnie zrobiła się chwilowa panika. Na szczęście tłum nie był w tym miejscu gęsty, mieliśmy się gdzie wycofać, a za chwilę pilnujący interesu żandarmi poprzesuwali barierki. Niepotrzebne, bo kolejna fala fajerwerków zachowywała się już normalnie.
Potem wróciłam do domu i obejrzałam tę samą Défense w filmie, którego polski tytuł to „Zakochana bez pamięci”. Czterdziestoletnia szefowa wielkiego koncernu, matka dziecka i żona swego męża budzi się z amnezją, przekonana, że ma 26 lat i dopiero co poznała swego przyszłego męża. 15 ostatnich lat wymazało jej z pamięci, jakby się przeniosła w czasie. Fantastyczna rola Juliette Binoche – scena, kiedy widzi się w lustrze jako czterdziestolatka, jest naprawdę niezła. Kilka zabawnych scen. Reszta straszliwie naiwna, bo niby jakim cudem po 15 latach kobieta potrafi się sprawnie i odruchowo posługiwać smartfonem? Jakim cudem osoba, która skończyła studia w pierwszej połowie lat 90-tych, i która nie ma pojęcia, co wydarzyło się na świecie przez następną dekadę, może nadal pracować na wysokim stanowisku i podejmować ważne decyzje? Film jednak się skupia na relacji małżeńskiej, chyba trochę szkoda, bo można było ciekawiej potraktować temat. W każdym razie uświadomiłam sobie, że gdyby tak mnie wycięło ostatnie 10 lat z życia, to w żaden sposób bym się nie odnalazła w obecnej rzeczywistości. Ale mam wątpliwości, czy wynika z tego coś poza konstatacją, że człowiek się jednak zmienia z czasem.

 

I ostatni kawałek

Ostatnim krajem na drodze powrotnej była Szwajcaria. Jechałam tam cudownie piękną A5 z widokiem na Alpy, tak olśniona ogromem przestrzeni i ciągle zmieniającymi się górami, że nie byłam w stanie jechać szybciej niż setką. Wyjątkowo piękna droga, na której samochody wydają się małe i nieważne w obliczu otoczenia. Na Przełęczy Św. Bernarda wysunęłam z samochodu gołe ramię, żeby zapłacić za przejazd, i wzdrygnęłam się gwałtownie.
- Ależ zzzziiimno! – poskarżyłam się panu przyjmującemu opłaty. Faktycznie – na dole we Włoszech było prawie 30 stopni, na górze zaś 7. W Szwajcarii w ogóle tamtego dnia pogoda była bardzo deszczowa i chłodna.

Odwiedziliśmy Swiss Vapeur Parc – oto dowód na to, że nie tylko Polacy potrafią wymyślać takie potworne częściowo zangielszczone łamańce, ale poza nazwą jest to miejsce całkiem sympatyczne. Założone przez paru zapalonych wielbicieli parowozów gości rozmaite pociągi w miniaturze, ale akurat takiej wielkości, że można nimi jeździć, siadając okrakiem na twardej ławeczce. Zbudowane tam są w odpowiedniej skali rozmaite mostki, tuneliki, i budynki, z których najbardziej mnie ujęła pieczołowicie wykonana replika kościoła w Saanen. W ogóle przypomniały mi się czytane w dzieciństwie książki o rodzinie Pożyczalskich. („Guliwer” natomiast mi się nie przypomniał, ponieważ zupełnie nie mam sentymentu do tej książki, strasznie mnie denerwowała, chociaż już nie pamiętam czemu.)

Niedaleko znajdują się baseny termalne Les Bains de Lavey. W kwestii basenu termalnego trudno o zaskoczenie, bo niewiele da się wymyślić poza ciepłą wodą, bąbelkami, sztuczną rzeką i masującymi strumieniami wody. A jednak tu się udało. W Lavey o określonej godzinie odbywa się koncert muzyki klasycznej – podwodny. Nad wodą nie słychać niczego, należy zanurzyć uszy, w tym celu rozdają nawet materacyki, ale ja wolałam położyć się po prostu na powierzchni wody bez wspomagania. Efekt jest dość zabawny, i podobno bardzo odstresowujące jest takie całkowite zanurzenie się w muzyce.