Wydziedziczeni

Czyta się nieco gorzej niż poprzednie (1974, Nebula, Hugo i Locus). Pamiętałam z młodych lat wrażenie, jakie na mnie zrobiła, i stąd trochę rozczarowania. Byłam bardziej zafascynowana ideą anarchistycznego komunizmu, bez pieniędzy, z wynikami pracy jako największą wartością i satysfakcją. Wtedy byłam przekonana, że mogłabym tak i chciała. Rozdzielanie z rodziną pomijałam jako zupełnie nieistotne: teraz oczywiście bardziej mnie rusza. Lepiej znam ludzi – mogę się tylko uśmiechnąć na pomysł, że dobrowolnie pójdą pracować tam gdzie akurat trzeba, czy będzie to sprzątanie wychodków czy wywóz śmieci, jeśli bez tego i tak dostaną dach nad głową i coś na ząb. A nawet jeśli do roboty się zgłoszą, to czy faktycznie będą się przykładać, skoro nie ma specjalnego nadzoru? Oczywiście, u LeGuin to działa, bo to od początku byli wyłącznie ludzie, którzy tak chcieli, żadnego przymusu. A potem tak wychowywane dzieci, którym od małego wpajano, że nie wolno egoizować – czy to faktycznie by działało? Altruizm jest podobno uwarunkowany biologicznie, ale mam wrażenie, że przetrwanie własnych genów może być jednak silniejszym atawizmem u większości. Ale załóżmy, że to funkcjonuje: LeGuin pokazuje, że czynnika ludzkiego i tak nie da się pominąć. Jeden nieprzyjemny Sabul z powodu osobistych animozji utrąca bezcenną pracę największego fizyka na dwóch planetach.

Zdziwiłam się, że powieść nie zdaje testu Bechdel. Oczywiście głównym protagonistą jest Szevek, z którym ani na chwilę się nie rozstajemy, więc można to jakoś usprawiedliwiać, a jednak zaskakujące. Zwłaszcza, że połowa akcji toczy się na Anarres, gdzie panuje całkowita równość międzypłciowa. Przynajmniej teoretycznie, bo kto pracuje w noclegowniach i ośrodkach edukacyjnych dla dzieci? Mowa o opiekunce (chociaż to krótka wzmianka i to może być akurat wina tłumaczenia, łudzę się). I dalej: pierwsza miłostka Szeveka jest przedstawiona w złym świetle, bo chciała go zawłaszczyć i w ogóle roszczenia miała, a przecież nie należy. Z Takver już zupełnie co innego, można mieć roszczenia i być w związku, ale to on ją podrywa, jak już ją zauważy, bo jej w oko wpadł wcześniej, ale nie śmiała czy coś. To on do niej potem jedzie – to on decyduje. Gdzie równouprawnienie? W teorii zostało, jak zwykle?

To wbrew pozorom optymistyczne spostrzeżenia. Znaczy, że przez 40 lat jednak się świat zmienił, skoro takie rzeczy natychmiast zauważamy. I oczywiście mogę marudzić, ale to jest wielka powieść, z niesłychanie wnikliwie opisanym procesem twórczym, z inteligentnym zderzeniem dwóch światów, dwóch ustrojów. Bez jasnych odpowiedzi. Bez idealizowania.

Możliwość komentowania jest wyłączona.