Niuch

Po VanderMeerze zajrzałam na półkę w poszukiwaniu Mieville’a, ale obok stał „Niuch”, który czytałam tylko raz.

Vimes prowadzi dochodzenie, co jest jego chlebem powszednim, jako komendanta Straży Ankh-Morpork. Tyle że nie jest u siebie. Żona wywiozła go na wieś do swojej posiadłości rodzinnej, żeby odetchnął świeżym powietrzem, i odpoczął. Jak tu odpoczywać, kiedy napotyka się zwłoki brutalnie zamordowanej goblinki. Chociaż może nie ma to znaczenia, to w końcu nie ludzie, tylko najbardziej pogardzana z wielu rozmaitych ras Świata Dysku, w dodatku dogłębnie przekonana, że pogarda im się należy. I te specyficzne wierzenia religijne, ohyda. Gorzej, że Vimesa próbuje aresztować lokalny policjant… dziewiętnastoletni zalążek policjanta raczej, ale z tradycjami rodzinnymi. Jeszcze gorzej, że niektórzy mieszkańcy okolicy go nie cierpią jako diuka i właściciela sporej części tutejszych ziem, choć stosunek Vimesa do bycia diukiem jest znany od dobrych czterech poprzednich powieści i nie ulega zmianie. W tle Młody Sam, lat sześć, przeżywa fascynację produktami przemiany materii, a rodzice wcale go przed tym nie powstrzymują, w związku z czym możemy się z tej książki dowiedzieć, dlaczego właściwie krowi placek wygląda zupełnie inaczej niż to, czego pozbywa się z organizmu koń, choć przecież to zwierzęta podobne budową, wagą, i jedzące to samo. No nie mówcie, że nigdy się nad tym nie zastanawialiście.

To zdecydowanie jedna z moich najulubieńszych książek o Straży (nie, wcale nie mówię tego o każdej). Nie pamiętam, czy przy pierwszej lekturze zauważyłam aluzje do „Dumy i uprzedzenia”, ale chyba nie mogłam tego przeoczyć. Oraz nie, nie ma żadnych przegadanych dialogów.

Możliwość komentowania jest wyłączona.