„Gniazdo światów”

Ponowna lektura „Gniazda światów” robi niemal takie samo wrażenie jak pierwsza. Huberath jest niezrównanym specjalistą od entropii, rozpadania się znanego świata. Przygnębiająca atmosfera „Gniazda” nie ma sobie równych w napełnianiu czytelnika poczuciem beznadziei. No, może ewentualnie „Rozgwiazdę” Wattsa postawiłabym obok. Ale ich cele są zupełnie różne. Huberath napisał thriller ontologiczny, przeprowadził jedyny w swoim rodzaju matematyczno-literacki dowód na istnienie Boga. Zastanawiam się, czy przy pierwszym czytaniu zwróciłam uwagę na podobieństwo do „Według łotra” Snerga. Tam Widz, tu Czytelnik. Być może nie, bo otoczka jest jednak diametralnie inna. Huberath pokazuje, w jakim stopniu odbiorca uczestniczy w kreacji świata przedstawionego. Każe rozmyślać nad uniwersalnością literatury. A to wszystko na tle świata bardzo oryginalnego i doskonale pomyślanego. Swoją drogą w dobie eboków powieść dziejącą się można by rzeczywiście zrealizować – czytnik wie, ile czasu czytelnik spędza przy każdym wątku, dalsza akcja mogłaby być stosownie modyfikowana, przy każdym kolejnym czytaniu odnajdywałoby się nowe szczegóły, każdy czytelnik miałby nieco inną wersję całości, zależnie od osobistych preferencji i aktualnych, zainteresowań. Kusząca i przerażająca wizja, nie wiem czy bardziej chciałabym takie dzieło czytać, czy je napisać… Życia mogłoby nie starczyć. Z drugiej strony czy różniłoby się to bardzo od cortazarowej gry w klasy, wymyślonej już dobre pół wieku temu? Tak czy owak „Gniazdo światów” jest absolutnie znakomitą książką. Może wrócę teraz do „Vatran Auraio”.

Możliwość komentowania jest wyłączona.