„Niewinne”

Pierwszy raz w najzupełniej normalnym kinie dla szerokiej publiczności (“Idę” pokazywano w kinach studyjnych) mogłam zobaczyć film w połowie po polsku, samo to wystarczyłoby mi, żeby się wzruszyć. Francuska reżyserka, w głównych rolach młodziutka Francuzka Lou de Laage oraz doskonałe Agata Buzek i Agata Kulesza. To piękny film, który nie uniknął pewnych uproszczeń i oczywistości, ale dzięki temu jest uniwersalny, zrozumiały dla międzynarodowego widza, stawiając jednocześnie trudne pytania, i zachowując delikatność wobec poruszanych tematów. Mówi o jednym z najtrudniejszych dla mnie problemów: gdzie leży granica między szacunkiem dla cudzej wiary, a brakiem szacunku dla religii. Czy mamy prawo powstrzymywać kogoś od krzywdzenia innych, jeśli kieruje się zasadami dla nas niepojętymi. I czy to jest krzywdzenie, jeśli całość sytuacji jest poza naszym zrozumieniem.

Trochę wcześniej czytałam o osiemdziesięcioletniej Renee Rabinowitz, którą w samolocie poproszono o zmianę miejsca, bo siedział koło niej ortodoksyjny żyd, któremu religia zabrania jakichkolwiek kontaktów z kobietą.  Prośba była uprzejma, zaoferowane miejsce lepsze, a jednak pani Rabinowitz poczuła się dyskryminowana, i sprawa znajdzie się w sądzie. Przyznam, że miałam z tym problem. Nie jestem przekonana, czy to człowiek wybiera swoją religię. Nie można kwestionować czyjejś – zakładam, że najszczerszej – wiary w to, że zostanie ukarany za przypadkowe muśnięcie ubrania obcej kobiety. Jeżeli nie czyni mi to żadnej krzywdy, dlaczego miałabym się obrażać za prośbę. A jednak. Dlaczego to jego religia miałaby być ważniejsza od mojego komfortu -  a nawet nie tyle komfortu, co podmiotowości. A mówimy tylko o zmianie miejsca w samolocie, nie o takich wyborach, jakich dokonuje matka przełożona w „Niewinnych”.

Ujęły mnie drobiazgi. Nie wszystkie zakonnice są jednomyślne, każda znajdzie swoje wyjście z tej tragicznej sytuacji. Do końca nie dowiemy się, jakie właściwie poglądy ma młodziutka lekarka, a tym można było łatwo zmienić wymowę filmu. Zdjęcia urzekająco piękne, aktorstwo godne podziwu, i dużo materiału do przemyśleń. Lekko się zeźliłam na scenę, w której poród zakonnic musi być przerywany na odmawianie zdrowasiek. „Jasne, pokażcie jak kurczowo upierają się przy swoich śmiesznych pomysłach, zacofane baby ze wschodu” – mamrotałam pod nosem. Potem do mnie dotarło, że to jest kwestia poczucia tożsamości. W tym koszmarnym czasie jedynie ścisłe przestrzeganie znanego właściwego umożliwia zachowanie własnej tożsamości. Głęboko ludzka potrzeba. Im więcej zasad – i prawdopodobnie im większego poświęcenia wymagają – tym bezpieczniej się czujemy. To samo robi matka przełożona. To  samo zrobił ten ortodoksyjny żyd żądający od osiemdziesięciolatki zmiany miejsca w samolocie. „Tego ode mnie wymaga moja religia, jestem jej częścią, patrzcie, oto ja, nic tego nie zmieni, ani samolot, ani wiek tej pani, ani żadne inne okoliczności”. To samo czują wszyscy protestujący przeciw uchodźcom, imigrantom, homoseksualistom, cyklistom. „Oto tu my w naszym światku, niezmienni i dobrze określeni, nie możecie przyjść i odebrać nam naszego poczucia tożsamości.”

„Niewinne” pokazują, że zasady można złagodzić niczego nie tracąc. To trochę za łatwe, filmowe rozwiązanie, ale daje nadzieję. Gdyby ludzie uwierzyli, że to nie kurczowe przestrzeganie absurdalnych reguł ich określa w ich człowieczeństwie, że można pozostać w całości sobą rozluźniając swój gorset. Że nie przestaje się być sobą pozwalając drugiemu człowiekowi na bycie kimś innym. A może się mylę i nie każdy jest w stanie dokonać takiego wyboru. Może niektórzy są faktycznie tylko tą betonową obudową zasad, a w środku nie ma niczego. Czy takie życie ma w ogóle jakikolwiek sens?

Możliwość komentowania jest wyłączona.