Gizela

To wspomnienie przechowane gdzieś na samym dnie mojego mózgu wróciło do mnie wczoraj wieczorem zupełnie znikąd, jak nagłe uderzenie w głowę.

Musiało być jakoś niedługo po stanie wojennym. Mój ojciec pojechał do Niemiec na jakieś spotkanie, z kontekstu wnoszę, że do RFN raczej, ale nie pamiętam tego zupełnie. Po jego powrocie przyszła paczka, nadawcą była niejaka Gizela, pewnie miała i nazwisko, ale tego kompletnie nie pamiętam w przeciwieństwie do imienia jakby wyrytego w betonie. W paczce były podstawowe artykuły żywnościowe, jakaś mąka, cukier, może mleko w proszku: zgaduję, nie pamiętam dokładnie, ale żywo pamiętam moją Matkę, dopytującą się o co chodzi, kim jest Gizela, skąd właściwie miała adres. I psioczącą, że to wszystko u nas przecież już jest, że jak już, to trzeba było wysłać buty i kurtki dla dzieci, że nie potrzebujemy jedzenia, wszystko to można kupić, co jej przyszło do głowy, tej Gizeli, co ona sobie wyobraża. Ojciec nie udzielił żadnych wyjaśnień, wyparł się znajomości z jakąkolwiek Gizelą. Zabrał do grobu tajemnicę: czy opowiadał tam o pustych półkach w stanie wojennym, i przejęta Gizela myślała, że u nas nadal tak jest. Czy pytała go, czy wysłać jedzenie, a on machinalnie przytaknął zgodnie z zasadą „jak dają to brać” i zapisał adres. Czy proponowała wysłanie czekolad dla dzieci, a kupując je pomyślała, że może trzeba coś więcej, tam do tej biednej Polski. Dlaczego w takim razie ojciec miałby się wypierać; może żeby nie tłumaczyć, czemu nie poprosił o ubrania dla dzieci (też bym nie poprosiła).

Możliwość komentowania jest wyłączona.