Jak postanowiłam zostać manatem

Zoo de Beauval, reklamowane z powodu unikatowych pand wielkich, znajduje się nieco ponad dwie godziny drogi od Paryża, czyli odrobinę za daleko, żeby obrócić w jeden dzień: dwie godziny jazdy tam, cały dzień zwiedzania, i dwie godziny powrotu plus nieuchronny korek, to jednak trochę za dużo. Napatoczył się jednak kolejny długi weekend, zabrałam misia w teczkę… To znaczy dziecko spakowało misia (oraz tablet, takie czasy) do plecaka, i pojechaliśmy. Nie było już oczywiście noclegów w samym zoo, ale i dobrze, bo w zoo jest tylko zoo, a w pobliskim Blois jest arcyciekawy zamek, śliczny most nad Loarą, i muzeum magii. Ale najpierw zoo.

Poza zwykłymi animacjami typu karmienie w Beauval są dwa duże pokazy; pierwszy to uchatki kalifornijskie, czego jeszcze nigdy w świadomym życiu nie widziałam na żywo. Mgliście mi się kołacze, że kiedyś w jakimś cyrku, mam wizję uchatki z piłką na nosie, ale to mogło być równie dobrze na filmie. Uchatki w tym roku są młode, przed godziną pokazu cudnie sie bawiły w wodzie, jedna wyskakiwała z wody, druga za nią, zaczepiała ją płetwą, i dalejże się ganiać. Jak psy. Szczekają też psio. Ostatnio telewizor w pracy pokazywał film o uchatkach i wtedy z zachwytem odkryłam, jak one niezwykle sprawnie chodzą na tej tylnej płetwie. A w wodzie to już w ogóle torpedy. Patrzenie na nie jest prawdziwą przyjemnością. Pokaz był jeszcze większą. Zrobiony nie tyle cyrkowo, co na zasadzie objaśnienia różnic między fokami a uchatkami. Pokazano nam też, jak współpracują z opiekunem, żeby można było je w razie potrzeby zbadać: potrafią otworzyć pysk i dać sobie zajrzeć w zęby czy wyciągnąć płetwę do pobrania krwi. Są też całkiem bystre, umieją rozpoznać zadany im kształt z pięciu podobnych, identycznego koloru i wielkości. I to czarne lśniące eleganckie wodoodporne futerko. Ależ by się świetnie sprawdziło w deszczowe dni na rower… oh wait. Balansowanie piłką na nosie – płynąc – też oczywiście było, oraz skoki do wody, które są absolutnie… nie mam słowa – przezabawne i imponujące jednocześnie. Staram się nie antropomorfizować zwierząt, ale miałam przemożne wrażenie, że one się na tym pokazie też doskonale bawiły. Z całą pewnością sprawdzały, czy publiczność reaguje. A potem otwarto klatkę i pojawił się stary mors, ależ majestatyczne bydlę. Nie zaszczycił nas wieloma spojrzeniami, wskoczył do wody i pokazał się w pełnej krasie. Basen uchatek jest z boku przezroczysty,  więc widać dokładnie, jak pływają pod wodą, genialny pomysł. Nie potrzebowałam wiele czasu, żeby dojść do jedynie słusznego wniosku, że gdyby to uchatki wyewoluowały, a nie homo sapiens, świat byłby lepszym miejscem.

Nieopodal jest drugi podobny basen – akwarium, z przezroczystą taflą, a w nim pływają pingwiny. Przylepiłam się na amen do tej szyby i nie byłam w stanie odejść. One pływają jak ryby, jak ryby, nie do uwierzenia, że to ptaki. Nijak. Nurkują na samo dno, śmigają jak ryby, oraz gonią własne ogony. Odlot.

W Beauval jest też masa małp różnych gatunków, przecudne papugi w niesamowitych kolorach, ferma, gdzie łażą kozy, które można karmić popcornem, co moje dziecko z wielką radością czyniło, a kozy opierały się przednimi kopytami o mnie. Są lżejsze niż duży pies i nie mają pazurów, więc w zasadzie nie była to nieprzyjemna integracja z fauną. Są kapibary, do których mam słabość, a akurat były młode, są przeraźliwie różowe flamingi na wyspie, i przede wszystkim są słynne pandy. Animatorka przez głośnik chwali się, że delegacja z Chin, która przyjechała oglądać wybieg, zanim zgodziła się na przeprowadzkę pand do Francji, była pod wielkim wrażeniem, i potrafię w to uwierzyć. Brumizatory nawilżają powietrze, sztuczny wodospad szumi przyjaźnie, zieleń świetnie utrzymana, hamaki, samiec panda leży wśród tego na brzuchu na gałęzi, obie tylne łapy zwieszone leniwie po obu jej stronach, i ledwie okiem raczy ruszyć. Kiedy opiekun przychodzi z bambusem, zwierz dostojnie, powoli schodzi ze swej miejscówki tyłem, wlecze się na miejsce karmienia, siada jak człowiek na zadku, dwie nogi wyciągnięte bezwładnie przed siebie, i leniwie się pożywia gapiąc bezmyślnie przed siebie. Doprawdy, tylko telewizora mu brakuje, i już mógłby uchodzić za człowieka. Kontrast ze zwinnymi, radosnymi uchatkami jest ogromny.

Drugi pokaz jest zatytułowany „Maîtres des Air”, czyli władcy powietrza, i reklamowany jest słowami „ptaki latają nad twoją głową”.
- No, mam nadzieję, że to reklamowa przesada, bo gorzej, jak się nie ograniczą do latania. – mruknęłam do siebie.
Otóż to nie jest przesada w najdrobniejszym stopniu, a nawet wprost przeciwnie. Orły, sokoły, puszczyki i sępowate przelatują faktycznie nad głowami widzów, praktycznie muskając je skrzydłami. Pokaz polowania w wykonaniu sokołów warto zobaczyć, zapiera dech w piersiach, a przecież sam sokół to dość niepozorny ptaszek, przynajmniej w porównaniu z takim na przykład orłem. Na zakończenie wylazi i wylatuje cała chmara wszystkiego skrzydlatego, a pokaz odbywa się zwyczajnie pod gołym niebem, nie mogłam zrozumieć, jakim cudem przynajmniej część z nich nie wybiera wolności. Wyraźnie nie wystarczy posiadać skrzydeł.

Na zakończenie zawlokłam potomka do budynku z piraniami, bo piranie. Ale okazało się, że w tymże gigantycznym akwarium są manaty, i chciałam tam już zostać na zawsze z ich powodu. Są niesamowite, jak pływają na plecach albo obracają się wokół własnej osi, te wielkie obłe cielska. Patrzenie na nie jest fascynujące, i natychmiast postanowiłam zostać manatem.

Możliwość komentowania jest wyłączona.