Poul-Fetan

Poul-Fetan to autentyczna dziewiętnastowieczna wioska bretońska, która zachowała się w dobrym stanie, została odnowiona w duchu epoki, i zamieniona w skansen, ożywiony animacjami. Wita nas przewodniczka w odpowiednim stroju, największe wrażenie robią drewniane saboty, w których dziewczyny są nawet w stanie biegać, co widzialam na własne oczy. W sumie kiedyś za młodu chadzałam w drewniakach, różnica chyba niewielka. Idziemy za nią do chaty, gdzie jest wykład o ówczesnym urządzeniu wnętrza i pożywieniu. Najbardziej mnie zaskoczyło urządzenie pod sufitem, które wzięłam za lampę, a okazało się niezwykle zmyślnym… wieszakiem na łyżki, opuszczanym przy pomocy sznurka i windowanym następnie wysoko. W tamtych czasach człowiek posiadał osobistą łyżkę, którą zabierał ją ze sobą w gości, co wiedziałam, ale nie wiedziałam, że przechowywało się je w ten sposób, aby uniknąć rozdziobania przez kury. Łyżki zresztą były dobrem tak cennym, że stanowiły tradycyjny prezent zaręczynowy narzeczonego dla swojej wybranki. Im piękniej zdobiona łyżka (w całości z drewna), tym większe było uczucie.

Wybranka niekoniecznie musiała być urodziwa, powinna natomiast była mieć piękną szafę, czyli zasobną w… nie, wcale nie w ubrania, tylko w pościel. Im więcej pościeli, tym dziewczyna bogatsza, i tym lepszą stanowiła partię. Mówiło się nawet „elle est belle dans l’armoire” czyli jest piękna z szafy (a już z twarzy niekoniecznie). Szafa zamykana była na klucz, który nosiła przy sobie pani domu, i stanowiła centralny element wyposażenia chałupy. Oprócz niego w rzędzie pod ścianą (co przyprawiło mnie o czkawkę ze śmiechu, bowiem okazało się, że to w Bretanii wynaleziono meblościankę) stały zamykane łóżka. Normalne łóżko schowane w szafie i zamykane od środka, żeby cieplej było. Mogły być nawet piętrowe.

Zostaliśmy poczęstowani tradycyjną bretońską galette, naleśnikiem z mąki gryczanej smażonym na ogniu. Obecnie serwuje sie je w całej Francji z mnóstwem dodatków, w tamtych czasach na wsi jadło się oczywiście bez niczego. Mąka gryczana, bo to zboże uprawiano powszechnie, pszenica była cenna. Nie zrozumiem nigdy, dlaczego u nas z gryki robi się kaszę (też jedzenie biedoty), a nie mąkę, a we Francji odwrotnie, i dlaczego nie wpadli tam na pomysł jedzenia kaszy. Galettes były tradycyjnym jedzeniem piątkowym, lud był bowiem oczywiście powszechnie katolicki, ryby jadło się na wybrzeżu.

Wyjaśniwszy nam to wszystko Louise pobiegła robić pranie, w specjalnie do tego przeznaczonym stawku, do którego nie byli dopuszczani mężczyźni, była to bowiem świetna okazja do plotkowania. Drobne przepierki robiło się raz w tygodniu, natomiast wielkie pranie pościeli dwa razy w roku (teraz rozumiemy, dlaczego należało być zasobną w pościel), co zajmowało trzy dni. Prześcieradła nacierane mydłem klepało się drewnianymi packami klęcząc w specjalnej skrzynce wyłożonej dla wygody sianem. Straszna robota. Louise i jej koleżanka odgrywają przy tym drobny teatrzyk plotkując straszliwie, między innymi o tym, jak jedna z nich była na weselu kuzynki na wybrzeżu i dostała do jedzenia kamyki.

Po praniu oglądaliśmy tkanie na krosnach i w końcu się dowiedziałam, jak to się robiło. Niewykluczone, że wszyscy oprócz mnie to wiedzą, ale i tak napiszę: połowę nici osnowy podnosi jedna rama, przesuwa się pod nią czółnem tkackim, po czym podnosi się drugą połowę i znowu. Obejrzeliśmy też przędzenie, farbowanie wełny i konopi, które były podstawowym surowcem odzieży w tamtych czasach. Wytworniejszą odzież się kupowało.

Możliwość komentowania jest wyłączona.