![]() |
Bertrand Russell
|
|
Marrakesz i Essaouira Potem odkryję, że sto metrów od murów mediny jest inny Marrakesz: cywilizowany, ze światłami ulicznymi - respektowanymi, w przeciwieństwie do znaków stopu - bankami, elegancką dzielnicą francuską i nawet korkiem samochodowym. Ten sam kierowca taksówki, który przed chwilą gnał na złamanie karku w tłumie, nie odrywając ręki od klaksonu, teraz nagle pokornieje i prowadzi jak normalny człowiek. Potem zacznę dostrzegać drobne różnice: półksiężyc zamiast krzyża na aptece (jedną widziałam, która miała oba te symbole obok siebie). Meczety zamiast kościołów. Wszędobylskie koty, przeważnie chude, ale najwyraźniej mające się dobrze i nie stroniące od ludzi. Regularne nawoływanie muezzinów, często kilku, ze wszystkich stron, ich "yalla, yalla" lekko zdesynchronizowane, jakby śpiewali kanon. Myślałam, że będzie irytować, jest piękne. Po troje ludzi na skuterach, przeważnie z dzieckiem. I targowanie się o taksówki, które doprowadzało nas do szału, a właściwie mnie do momentu, w którym sama nie spróbowałam, mimochodem, i nagle odkryłam, że to sport. Niewytłumaczalna, ale chyba ponadkulturowa i pierwotna jest satysfakcja, jaką się odczuwa, wybuchając śmiechem w twarz człowiekowi, który rzuca cenę "20 €" podczas gdy parę godzin wcześniej tę samą trasę przebyło się za 30 drh. Odchodziliśmy zdecydowanym krokiem, i za każdym razem byłam pewna, że tym razem to nie zadziała, przecież ten był tak pewny siebie i faktycznie na naszą cenę nie może przystać. Czasem istotnie nie działało, częściej po chwili biegli za nami, całym sobą dając do zrozumienia, że robią absolutny wyjątek, i strasznie się upadlają przystając na naszą cenę. Ku swojemu zdumieniu potem polubiłam targiwanie, i po drobnym treningu byłabym w tym zupełnie niezła; na razie jeszcze trochę powstrzymywało mnie poczucie winy. Ale i tak nie mogłam darować koleżance, która kupiła tshirt za 100 drh ot tak bez żadnej dyskusji. Jak mogła?! Essaouira jest kompletnie odmienna od Marrakeszu: biała i niebieska. Droga serwuje niespodzianki podobne do tych widzianych z samolotu: otwieram oczy - piasek, zamykam oczy i je otwieram - zieleń, drzewa, i dom w ogrodzie w środku piaszczystej nicości, zamykam i otwieram - piasek, zamykam i otwieram - świeżo wybudowane duże osiedle, z budynkiem szkoły i gotowymi już boiskami, zupełnie jeszcze niezamieszkane i widmowe; zamykam oczy i otwieram - miasto. Centrum to oczywiście biało-niebieska medina, o wiele spokojniejsza niż w Marrakeszu, prawie nikt nie zaczepia turystów. Może jeszcze nie sezon, bo pustawa była również obszerna piękna plaża o delikatnym drobnym piaseczku. Woda zimna. Pod wieczór zaczęły się schodzić rodziny z matką w całkowitym woalu. Mówiono mi, że nie mogą oglądać rozebranych innych ludzi, stąd dopiero pod wieczór. Noce spędzaliśmy w modnych klubach, najciekawszy z nich był Monte Christo. Dwa piętra (będzie trzecie, na razie w totalnym remoncie) na drugim, czyli tarasie, szisze i spokojna muzyka. Na dole koncert żywiołowego wąsacza z bardzo ładną dziewczyną o niskim głosie: grali przeboje klasyków rocka i szybko porwali publiczność do tańca. Najciekawsze były jednak dwie młode dziewczyny o niezwykle pięknych ciałach, idealnie szczuplutkich i kształtnych - zwróciłam na nie uwagę, bo tańczyły tuż obok, i nie dało się od nich oczu oderwać nawet będąc zdecydowanie hetero. Chwilę później nadal tuż obok jedna z nich negocjowała bardzo zawzięcie warunki z dwoma dość nieciekawymi podstarzałymi turystami. Scena zainteresowała mnie na tyle, że porzuciłam dzikie tańczenie; okazało się potem, że nie tylko ja zwróciłam na uwagę. Wspólnymi siłami zrekonstruowaliśmy potem, że facet, który przyszedł do klubu z inną panną negocjowalnego afektu, starszą, brzydszą i pod wyraźnym wpływem środków odurzających, zainteresował się jedną z tych młodszych. Pierwotna wybranka nie miała najwyraźniej nic przeciwko temu, radośnie stwierdziła, że dostała już 500 € za dwa dni i jedną noc, zatem ona pójdzie spać, a młoda może do nich przyjść i robić co jej się żywnie podoba. Przedmiotem zawziętych negocjacji, w których brały potem udział liczne osoby postronne, musiała w takim razie być tylko stawka. Nie tylko ja byłam zniesmaczona, choć zbulwersowanej koleżance mówiącej, że tamta z takim ciałem mogłaby być modelką, a nie się sprzedawać starym turystom, wyjaśniłam, że nie takie to proste, jak się zdaje w teorii.
(
01:09:35)
skomentuj (4)
Marrakesz
W samolocie zasypiam twardo, a kiedy się budzę, rzucam okiem za okno,
po czym przylepiam się do szyby sądząc, że nadal śnię. Pod nami jest
piasek, hałdy brunatnego i beżowego piasku jak okiem sięgnąć, i nic
więcej w zasięgu wzroku; piaszczyste wydmy tworzące najrozmaitsze formy,
i niebo, i my. Za chwilę słyszę, że będziemy lądować - gdzie, tu na tym
piasku? - myślę kompletnie zdezorientowana, ale lecimy jeszcze trochę, i
nagle, bez żadnego ostrzeżenia, bez żadnej strefy przejściowej piach
ustępuje miejsca zieleni. Nie drzewom, ale regularnym połaciom zieleni. I
kiedy już zaczynam przywykać do tego krajobrazu, znów nagle zieleń
ustępuje miejsca... miastu. Miastu o łososiowych i pomarańczowych
murach, o niewysokich budynkach o obłych kształtach, miastu, które w
promieniach porannego słońca wygląda jak nierealne i zbudowane tylko na
pokaz. Lądujemy nieopodal, wychodzimy prosto na płytę w poranny upał,
idziemy do terminalu, gdzie potwornie długo sprawdzają paszporty,
przypominając, że nie jestem już w Unii Europejskiej, i gdzie uderzają
mnie szczegóły: wszędzie charakteryczne zdobienia jakimś cudem
wkomponowujące się w nowoczesną całość. Powyginane ozdobne altanki przed
terminalem okazują się być strefami dla palaczy- cóż to za
marnotrawstwo estetyczne - mamroczę, ale niewyraźnie, bo w tym samym
momencie zakochuję się śmiertelnie, nieodwołalnie, na zabój, na zawsze, w cudownej
fasadzie budynku lotniska w Marrakeszu. Jednocześnie prostej, logicznej i
fantastycznie ozdobnej. Chcę tam zostać na zawsze, ale już pakują nas
do taksówek A przecież jeszcze dzień wcześniej z wielką pewnością twierdziłam, że już nigdy nic nowego mnie nie spotka, że wszystko już było, wszystko jest znane, nihil novi, i nie warto nawet oczu rano otwierać. O jakże się myliłam.
(
14:07:44)
skomentuj (13)
Le Gang des mégères inapprivoisées ou comment... Oryginalny angielski tytuł najnowszej powieści Tome Sharpe'a jest należycie zwięzły: "The Gropes", natomiast francuski jest tak długi, że ledwie się mieści na okładce, zająłby pół tej notki, i właściwie zupełnie nieźle streszcza akcję. Rzecz o paniach, które przez wieki rządzą w swym mrocznym domostwie mocną ręką, mężczyzn wykorzystując wyłącznie do płodzenia córek. Aż nadchodzi wiek dwudziesty, a nawet dwudziesty pierwszy... no właśnie. To jest problem, a może właśnie urok, tej książki. Teoretycznie czasy mamy współczesne, bo mowa o Al-Kaidzie, ale Sharpe miał chyba już pod osiemdziesiątkę pisząc to i nie zauważył, że czasy się nieco zmieniły. Żaden bohater nie ma telefonu komórkowego. Kiedy jeden z nich chce potajemnie kupić bilet na statek, przebiera się i idzie do agencji turystycznej zamiast kafejki internetowej. Dziwne to robiło wrażenie, ale poza tym czytadło dość sympatyczne, choć oczywiście nie na miarę "Wilta". Taka... poniekąd Chmielewska w innych realiach.
(
16:35:47)
skomentuj (1)
Niuch Kolejny raz nie mogę się nadziwić, że trzydziesta dziewiąta książka z cyklu może ciągle być taka dobra, i to nawet biorąc pod uwagę, że Pratchett pisze w kółko o tym samym. Znam licznych, którzy piszą ciągle o tym samym, a wcale poziomu nie trzymają. W dodatku to jest książka pisana przez człowieka z Alzheimerem, czego kompletnie już nie ogarniam (jakoś wielu rzeczy ostatnio nie ogarniam, ale to i dobrze, inaczej byłoby nudno na tym najlepszym z możliwych). Zamiast autora drobną wpadkę zalicza tu nasz ukochany tłumacz PWC, który najpierw Bewilderforce'a Gumptiona nazywa Sprytel, a po 100 stronach nagle wraca do angielskiej wersji nazwiska. Poczułam się mocno zbita z tropu, ale jedną wpadkę na 39 książek można wybaczyć. Oczywiście ja muszę kochać Pratchetta, bo jego spojrzenie na świat jest moim, i prawdopodobnie kochałabym go nawet, gdyby napisał książkę telefoniczną, ale przyznaję, że "Niewidoczni akademicy" byli jednak nieco słabsi. "Niuch" nie jest. Może ma nieco przegadane dialogi, ale całą resztę ma na właściwym miejscu, w tym Vimesa, który jakoś wyrósł na najważniejszego bohatera Świata Dysku, chociaż długi czas wcale nie rokował. Dość rzec, że mam ogromną ochotę ponownie przeczytać "Straż! Straż!", w której Vimes poznaje Sybil, bo mam wrażenie, że jej nie doceniłam. A poza tym "Niuch" to kryminał, zupełnie przyzwoity, z trupem, solidnie uzbrojonymi ludźmi, nie tylko ludźmi, a nawet przemytem narkotyków. Oraz demonem składającym zeznania. Samo życie. Aha, i jeszcze jest Mały Sam, lat prawie sześć, mocno zafascynowany produktami przemiany materii. Nie jestem pewna, co mogą o tym myśleć osoby, które nie posiadają na stanie własnych nieletnich zadających pytania typu "a jak siusiają dziewczynki, skoro nie mają siusiaka?", ale zasadniczo to nie mój problem. Podejrzewałam nawet, że Pratchett zapewne jest dziadkiem pierwowzoru Małego Sama, ale jeśli jest, to google o tym milczy. Zresztą człowiek o takiej wyobraźni i zmyśle obserwacji nie musi koniecznie zaraz doświadczyć wszystkiego na własnej skórze.
(
09:11:17)
skomentuj (14)
Abdel raz jeszcze Po namyśle, jeszcze a propos książki Pozzo di Borgo, to najbardziej mnie w tym wszystkim dziwi, że naprawdę zaufał Abdelowi. Miał kasę - musiał mieć wybór wśród ludzi odpowiednio szkolonych, a miał tej osobie powierzyć swoje zdrowie (hmm, jego resztki, tym cenniejsze) i właściwie życie. Nie umiem sobie wyobrazić, co go pchnęło do wyboru chłopaka z przedmieść. Czyżby depresja, w jakiej musiał się znajdować? Nie wiem. Obdarzyli kiedyś Państwo kogoś zaufaniem wbrew rozsądkowi i pierwszemu wrażeniu? Jak to się skończyło?
(
22:23:32)
skomentuj (17)
Le second souffle Złapałam "Le second souffle" ("Drugi oddech") Philippe'a Pozzo di Borgo, na podstawie której nakręceni zostali "Nietykalni", bo jednak cały czas przekonana byłam, że scenarzyści niejedno dopisali, żeby bardziej filmowo było. Otóż nie. Wprost przeciwnie: oni złagodzili mu losy, bo inaczej nikt by nie uwierzył, i nie dałoby się tego oglądać. Oto młody bogaty wykształcony arystokrata spotyka młodą piękną dziewczynę, swoją żonę Béatrice, mają wszystko i życie przed sobą, a ona przechodzi pięć poronień, po czym diagnozują u niej raka, i powoli umiera, a przed śmiercią jeszcze musi się opiekować całkowicie sparaliżowanym mężem. Przy czym jedną ciążę straciła, gdy dziecko umarło w siódmym miesiącu. Musiała je urodzić drogą naturalną, a pięć minut później wszedł urzędnik, pytając jak nazywa się zmarły. Wierzę w to święcie, bo po pierwsze nikt by nie był w stanie czegoś takie wymyślić, a po drugie do mnie również na salę porodową wparowała osoba urzędowa trzy minuty po fakcie z pytaniem o nazwisko nowego obywatela. W tamtym momencie dziecko moje mogło zostać nazwane Hieronim Brzęczyszczykiewicz, nie zrobiłoby mi to żadnej różnicy. Zresztą właśnie dlatego ostatecznie nazywa się nie całkiem tak, jak miało, aczkolwiek na szczęście nie Hieronim. Wracając do książki, "Love story" i Janusz Leon razem wzięci wysiadają, i nie można nawet sobie ponarzekać od serca, bo to przecież sama prawda i nikt tego nie wymyślał, żeby łzy z ócz czytelników wyciskać. Prawdziwy Abdel jest natomiast znacznie bardziej brutalny i dużo mniej sympatyczny niż filmowy Driss, a jednak musi mieć serce na właściwym miejscu. Trochę zaskakujące, że bez przerwy powodował stłuczki, nigdy za to żadnych konsekwencji nie ponosząc - czyli jednak pieniądze Philippe'a mogły dużo. Oraz owszem, faktycznie sprowadzał pracodawcy panienki. W ogóle o fizjologii tu dużo i bez ogródek. Zdumiało mnie to nieco, bo mgliście spodziewałam się książki podobnej do przeintelektualizowanych filmowych listów do Eleonory. Największe wrażenie robi na mnie nieodmiennie, że facet to wszystko przetrwał, a nawet, jak sam twierdzi, odnalazł smak szczęścia. "Le second souffle" uzupełniony jest w tym wydaniu nowym tekstem, "Le diable gardien"("Diabeł stróż"), pisanym już po filmie, więc w moim odczuciu mniej wartościowym, bo zdaje mi się, że bohater chce się teraz upodobnić do aktorów i scenariusza, może i podświadomie. W tej części pojawiają się fragmenty listów do Clary, o której nic więcej nie ma, i podejrzewam, że po prostu Philippe'owi spodobała się filmowa idea Eleonory. Nie żebym mu odmawiała prawa.
(
12:38:31)
skomentuj (2)
Paris Z gośćmi ten problem, że pewnego dnia sobie jadą, a człowiek zostaje i musi jakoś wrócić do pospolitej codzienności, co niełatwe. Ochłonąwszy uzmysławia sobie, ilu rzeczy nie pokazał: a to placu Vendôme (chociaż pamiętałam o nim, cały czas pamiętałam... dopóki nie zapomniałam w ostatnim momencie), a to Villette, kościoła St. Eustache, centrum Pompidou, a to wreszcie szczytu Montmartre, gdzie wtem przy drugim podejściu się okazało, że dojazd na wzgórze został całkowicie zamknięty dla samochodów w dni weekendowe. Wróciłam tam 1 maja, już rozsądnie nie autem, i znalazłam się w zbitym tłumie złożonym prawie wyłącznie z rodaków. Zresztą wyraźnie jednak nie mam na twarzy wypisanej narodowości, bo pan pod Sacré Coeur robiący za biało pomalowany posąg zwrócił się do mnie po angielsku. Uśmiechnęłam się doń i uprzejmie rzekłam "dzień dobry". Nie żebym prorokinią była: 10 metrów wcześniej podsłuchałam, w jakim języku mówi do innych spacerowiczów. Karuzela pod Bazyliką lipna strasznie, ta pod Eifflicą znacznie fajniejsza, i zabawne rowery stacjonarne są. Rozmaite zdjęcia zobaczyć można u Zuzanki, dzięki której udałam się w końcu na Tour Montparnasse. Jest to 200-metrowy punkt widokowy na wieżę Eiffla, którą obejrzeć można nawet przy fatalnej pogodzie, gdy kasjerki na dole lojalnie uprzedzają, że na górze nie widać niczego. Ale ja tam jeszcze wrócę przy lepszej pogodzie. 1 maja pod Moulin Rouge wypiłam piwo w towarzystwie mych bardzo dawno niewidzianych starych znajomych, który zdążyli obrosnąć w dzieci niewiele niższe od mnie. Przyglądałam im się z ogromną radością, ale i niedowierzaniem, usiłując pojąć, jakim cudem mój stary znajomy poważnie planuje już swoje pięćdziesiąte urodziny. Pięćdziesiąte. Nie żebym cokolwiek miała przeciw pięćdziesięciolatkom, ale kiedy go poznałam, nie miał jeszcze trzydziestki. A jeśli on ma 50, to ja żadną miarą nie mam już dwudziestu. Jedyną zaletą upływu czasu jest to, że człowiek w tym wieku (dwudziestym pierwszym) po prostu siada pod Moulin Rouge i zamawia sobie, na co akurat ma ochotę. Kiedy byłam w Paryżu pierwszy raz, nie było o tym mowy i chyba w ogóle nie wyobrażałam sobie, że kiedyś będzie.
(
12:29:27)
skomentuj (8)
O objawieniach Zawsze to robię, zawsze, i nigdy nie uczę się na swoich błędach, tylko kolejny raz pakuję się wieczorem na miasto samochodem, optymistycznie myśląc, że tym razem na pewno będzie lepiej niż zwykle, bo niby czemu nie. W 9 przypadkach na 10 bynajmniej nie jest lepiej, czyli jest korek na obwodnicy, a kiedy się wyjeżdża z obwodnicy nie w tym miejscu, w którym się zamierzało, to tam też oczywiście jest korek i można się zastanawiac, który jest gorzy, ale to donikąd nie prowadzi. Wyprowadzę się, kiedy wieczorny Montmartre przestanie mi to wynagradzać; na razie nie. Natomiast druga wizyta w Thoiry przyniosła mi wiele objawień, a to: - Słonie są jedynymi zwierzętami, które mają cztery kolana - rzekł od niechcenia Eloy. Osłupiałam na taką herezję, i zaczęłam dyskutować po to tylko, żeby się dowiedzieć, że jak się zgina w drugą stronę, to to nie jest kolano. I faktycznie wychodzi, że tylko słonie, co mnie trochę bulwersuje, ale nie aż tak, jak widok strusia załatwiającego swe potrzeby naturalne. Ogromnie się cieszę, że strusie nie umieją latać. Oraz nagle na własne oczy zobaczyłam, że niedźwiedzie umieją chodzić po drzewach, i też nijak nie mogę się z tym pogodzić. Dostaję gęsiej skórki na myśl, że być może chadzałam sobie ongiś po pustym szlaku tatrzańskim, a nade mną siedział sobie na gałęzi niedźwiedź. Nigdy przedtem mi to nie przyszło do głowy. Jest to wprawdzie dość mało prawdopodobne, bo Eloy słusznie stwierdził, że w Thoiry jest zapewne więcej niedźwiedzi niż w całych Tatrach, ale gęsia skórka na prawdopodobieństwie się nie zna. Odkryłam również, że pandy jedzą rączką, a w zamku w Thoiry jest lit à la polonaise, łóżeczko polskie, które służyło... psu ministra Ludwika XV. Czuję się osobiście urażona i uważam, że rząd polski powinien interweniować w tej sprawie. Łóżko polskie natomiast to takie, które ma dwa wezgłowia tej samej wysokości (w sensie wezgłowie i ta ściana przy nogach, ktoś wie, jak to się nazywa?) oraz baldachim z czterech części. I teraz wszyscy już wiedzą, jak umeblować sypialnię, żeby było zgodnie z polską tradycją.
(
14:09:56)
skomentuj (4)
Wspomnienia Moniki Żeromskiej Z moich obserwacji wynika, że ludzie się dzielą na tych, co w Paryżu się zakochują od pierwszego wejrzenia, i na tych, co nigdy. Monika Żeromska należała do tych drugich, kochała natomiast gorąco Rzym, Londyn i swoich rodziców. Szczodrze dzieli się tą miłością oraz mnóstwem innych uczuć i obserwacji w pierwszym tomie swoich wspomnień. Zaskoczyła mnie narracja : żadnego podziału na rozdziały czy etapy życia, ponad dwieście stron ciągłym tekstem, co dodatkowo utrudnia oderwanie się od lektury. A powtarza się chyba tylko raz. Zazdrościłam jej bardzo, że miała 20 lat w dwudziestoleciu międzywojennym, że suknie, bale, zwiedzanie świata, muzea, malowanie, pływanie na polskich transatlantykach (między innymi z kapitanem Mamertem Stankiewiczem!). Zdecydowanie mniej zazdrościłam ostatnich stron, już wojennych, bardzo przejmujących. Notabene wdać u niej to samo, co w dzienniku Virginii Woolf : oni nawet w 1939 nie wierzyli w wojnę, myśląc że Hitler przecież nie posunie się aż tak daleko, że przecież XX wiek, Europa, cywilizacja... Przerażające to jest z naszej perspektywy, i nie wiem czy wyciągamy z tego dostateczne wnioski. A przedtem w trakcie lektury niejednokrotnie wybuchałam radosnym chichotem, bo Żeromska ma fantastyczny zmysł obserwacji i poczucie humoru, również na własny temat. Nadzwyczajna opowieść, nie mogę się doczekać kolejnych tomów.
(
13:56:04)
skomentuj (6)
Sherlock nie miał życia prywatnego Jeżeli nie za bardzo wiesz, jak popełnić malownicze faux pas, które będzie ci stało kością w gardle jeszcze długo, a chciałabyś w końcu móc dołączyć do grona popełniaczek gaf, iżby mieć o czym w wytwornym towarzystwie konwersować, to nie przejmuj się i czytaj dalej uważnie. Dziś na naszych łamach prosta, acz szczegółowa poradą, dzięki której nawet najmniej uzdolniona w kierunku gaf osoba da sobie radę i życiorys swój modnie przyozdobi z łatwością. Weź otóż jedną koleżankę, co na jesieni była w ciąży, rodzić zatem miała wiosną. Nie miej z nią kontaktu przez zimę, a na wiosnę otrzymaj od niej znienacka informację, że próbowała ci doręczyć mms, lecz czynność ta się nie powiodła. Wykaż się jednak sobie właściwą bystrością umysłu i zakrzyknij, lub tylko w cichości ducha wyraziście pomyśl, że skoro mms wtem i znienacka, to niechybnie urodziła, i zdjęcie potomka swego oto wysyła. Odpisz jej zatem radośnie, że wprawdzie mms wybrał wolność w ciepłych krajach, lecz oczywiście domyślasz się, czego dotyczył i serdecznie gratulujesz cudu narodzin. Pław się w domyślności swojej czas jakiś, a potem dowiedz się ku zgrozie swojej, że nie, nie urodziła. I nie, nie jest w ciąży. Już nie jest. Przepraszaj, kajaj się, i przyrzeknij sobie solennie, że będziesz odtąd trzymać się wyłącznie faktów. Mms nie doszedł, koniec kropka, a nie jakieś dedukcje, które sprawdzają się tylko i wyłącznie w powieściach Conan Doyle'a.
(
09:30:59)
skomentuj (9)
Do dna - Będziemy omawiać różne zwyczaje panujące w różnych krajach, żebyśmy umieli się wszędzie odpowiednio zachować - zapowiedział w porannym radiu prowadzący. - Na przykład w Indonezji nie należy opierać rąk na biodrach, bo jest to postawa bojowa. W Maroku nigdy nie należy brać kuskusu ze środka naczynia, bo to bardzo niegrzeczne. - To skąd można go brać?- zdziwiła się teatralnie prowadząca. - Oczywiście z brzegu naczynia - wyjaśnił prowadzący i zapytał podstępnie - A powiedz mi, czy w Rosji pije się wódkę jednym łykiem do dna, czy powoli delektując się? - Hmm, do dna, oczywiście - wyjaśniła znawczyni, i dodała rozmarzona - o, ta bison vodka... - A to w Polsce - sprostował sucho prowadzący. - Tak tak, ale w Rosji oni są tacy niesłychanie gościnni, i każą gościom buty zdejmować! - prowadząca radośnie podzieliła się swymi wspomnieniami.
(
10:42:10)
skomentuj (8)
|
Jak żyć? Żyć czy mieć? Motto na całe życie RSS
Navaira Dwie panie Z piekła rodem Prawdziwy dr House Chustka Joanny Batumi Inka od wiatraka Zuzanka Magiczna biblioteka Maciuś Bajeczki z Ikei Cloudy Melissa Karrot Wawrzyniec 2.0 A kocica Odwodnik Tuv Coraz większa Laura Kamenari Wróciła z BuenosAires Idiomka Kwoka w dolinie Paradowska Małgośka Helena Radziecki Mignona Szyper Nielot Trochę jedzenia Mama grzdyla Thea niejadek Ślązaczka w Poznaniu Matka Polka Świat teściowej Gogenzola Żona doskonała Zimno i Troje Ola Hania Barbarella Prasa zagraniczna Polki poza Polską Miski do mleka Amerykanka w Polsce Dora2 Stardust Aga emigrantka Nina już nie w Kalifornii Thernity Sistermoon Zupka Dudla Pożółkłe kartki Vestigia Wężon Nowojorskie gadanie Towary mieszane Żydóweczka w Nowym Świecie Maraska Passentówna Emigracyjny Femme Żydóweczka Wawrzyniec P. Snafu Dzieci Thei Laska Shent Działa, nie działa Matylda Stara panna Uczy polskiego Matka jego dziecka Cashew Obrażeni Magazyny ilustrowane Oglądanie tego boli Pokropka Submachiny Pumba i Tymon Krysie: reaktywacja Kotecki Ouverture Facile Inne kotecki Aaaby-sprzedac Killer sudoku Garfield User Friendly Dilbert
O filmach O Paryżu Polka we Francji
|